Wiersze: L Dodaj wiersz »
Żołnierz
Wrócił żołnierz na wiosnę z wojennej wyprawy, Ale bardzo niemrawy i bardzo koślawy.
Kula go tak schłostała po nogach i bokach,
Że nie mógł iść inaczej, jak tylko w poskokach.
Stał się smutku wesołkiem, skoczkiem swej niedoli,
Śmieszył ludzi tym bólem, co tak skacząc, boli.
Śmieszył skargi hołubcem i żalu wyrwasem
I żmudnego cierpienia nagłym wywijasem.
Zwlókł się do swej chałupy : Idź precz popod płoty,
Niepotrzebny nam skoczek w polu do roboty!
Pobiegł do swego kuma, co w kościele dzwonił,
Lecz ten nie chciał go poznać i kijem postronił.
Podreptał do kochanki, a ta się zaśmiała
Ramionami, biodrami, wszystką mocą ciała!
Z takim w łożu drygałą mam tańczyć do śmierci?
Ciała ledwo ćwierć miary, a skoków - trzy ćwierci!
Ani myślę ci dotrwać w takim niedopląsie!
Ani myślę wargami sypiać na twym wąsie!
Zanadtoś mi wyskoczny do nieba na przełaj!
Idźże sobie gdziekolwiek i nie klnij i nie łaj!
Więc poszedł do figury, co stała przy drodze:
Chryste, na wskroś sosnowy, a zamyśl się srodze!
Nie wiem, czyja cię ręka ciosała wyśmiewna,
Lecz to wiem, że skąpiła urody i drewna.
Masz kalekie kolana i kalekie nogi,
Pewno skaczesz, miast chodzić, unikając drogi?
Taki z ciebie chudzina, takie nic z obłoków,
Że mi będziesz dobranym towarzyszem skoków.
Chrystus, słysząc te słowa, zsunął się na ziemię,
Ów, co Boga wyciosał, bity bywał w ciemię!
Obie ręce miał lewe, obie nogi - prawe,
Sosnowymi stopami podziurawił trawę.
Marna ze mnie sośnina, lecz piechur nie marny,
Przejdę wieczność piechtami, chociażem niezdarny.
Pójdziemy nierozłącznie, bo wspólna nam droga,
Będzie nieco człowieka, będzie nieco Boga.
Podzielimy się męką - podzielnać jest męka! -
Wszak ta sama nas ludzka skoślawiła ręka.
Tobie trocha śmieszności, mnie śmieszności trocha,
Kto się pierwszy - zaśmieje - ten pierwszy pokocha.
Ty podeprzesz mię ciałem, ja ciebie sośniną;
A co ma się nam zdarzyć, niech się zdarzy ino!
I wzięli się za ręce i poszli niezwłocznie,
Wadząc nogą o nogę śmiesznie i poskocznie.
I szli godzin wieczystych nie wiadomo ile,
Gdzież bo owe zegary, co wybrzmią te chwile?
Mijały dnie i noce, którym mijać chce się,
I mijało bezpole, bezkrzewie, bezlesie.
I nastała wichura i ciemność bez końca
I straszna nieobecność wszelakiego słońca.
Kto tam z nocy na północ w burzę i zawieję
Tak bardzo człowieczeje i tak bożyścieje?
To dwa boże kulawce, dwa rzewne cudaki
Kuleją byle jako w świat nie byle jaki!
Jeden idzie w weselu, drugi w bezżałobie,
A obydwaj nawzajem zakochani w sobie.
Kulał Bóg, kulał człowiek, a żaden - za mało,
Nikt się nigdy nie dowie, co w nich tak kulało?
Skakali jako trzeba i jako nie trzeba,
Aż wreszcie doskoczyli do samego nieba! ~ Leśmian Bolesław
Uwiędły sad...
Uwiędły sad Przeżegnał się szkarłatem
Liść drgnął i spadł.
Módl się do tęcz za światem!
Pożółkły klon
Mży w stawie miedzią złudną.
We własny zgon
Uwierzyć mu tak trudno! ~ Leśmian Bolesław
Gwiazda
Samotna w niebie Gwiazda się pali,
Wabi do siebie
Mój umysł z dali;
Mkną do niej w gości
Sny moje z ziemi,
Bo blask radości
Z wysoka śle mi!
Blask ten widziałem
W źrenic spojrzeniu,
Które kochałem
Wbrew przeznaczeniu;
Dla cierpień były
Najsłodszym lekiem,
A blaskiem lśniły
Równie dalekim.
Sen oczy kleił,
Lecz nie zmrużyłem,
I bez nadziei
Ku nim patrzyłem. ~ Lermontow Michaił Jurjewicz
* * * [Pamiętasz, jak o późnej porze]
Pamiętasz, jak o późnej porze Myśmy żegnali się nad morzem?
Wieczorny wystrzał zagrzmiał w dali,
Słuchaliśmy go ze wzruszeniem...
Gęstniały mgły na morskiej fali,
Już dopalały się promienie,
Grom się przetoczył ponad nami
I nagle skonał gdzieś w otchłani.
Gdy kończę z dziennych prac rozgwarem,
Do ciebie często myśl ucieka,
Ponad pustynnych wód obszarem
Błądząc, wieczornych strzałów czekam.
A kiedy głuchną w wód łoskotach
I pod falami mrą siwymi,
Ja płaczę, trawi mnie tęsknota,
Ja pragnę umrzeć razem z nimi... ~ Lermontow Michaił Jurjewicz
Hasło Nasze Ma Dla Nas Swe Dzieje Tajemne...
Hasło nasze ma dla nas swe dzieje tajemne: Lampa, gdy noc już zdąży świat mrokiem owionąć,
Winna zgasnąć w tej szybie, a tamtej zapłonąć.
Na znak ten oddech tracę. Już schody są ciemne.
Czekasz z dłonią na klamce i gdy drzwi otwiera,
Tulę tę dłoń, co jeszcze ma chłód klamki w sobie,
A ty zamian przyciskasz moje ręce obie
Do serca, które zawsze u drzwi obumiera.
Wchodzę ciszkiem, jak gdyby krok każdy knuł zbrodnię,
Między sprzęty, co dla mnie są sprzętami czarów.
Sama ścielesz swe łóżko według swych zamiarów,
By szczęściu i pieszczotom było w nim wygodnie.
I zazwyczaj dopóty milczymy oboje,
Dopóki nie dopełnisz podjętego trudu.
Ileż w dłoniach twych pieczy, miłości i cudu!
Kocham je, kocham za to, że piękne, że twoje. ~ Leśmian Bolesław
Chcę, by mi twoje oczy
Chcę, by mi twoje oczy jedyne, jarzące Zabłysły w życia nocy samotnej, tułaczej;
By mi żywiej płonęły, niż innym, inaczej;
Żeby przy mnie jaśniały, a gasły w rozłące.
Chcę być twoją radością i łzami twych płaczy.
Niech mię twoje wołają sny niepokojące
I roztęskniona twoja myśl niech mię oplącze,
Jak dziewannę powoje przy chacie wieśniaczej.
Chcę, by mię twoich włosów osypały zwoje,
Rozplatane i wonne, i były mym licom
Szatrem liści zwieszonych nad szemrzącym zdrojem
W dzień upalny - i nieme kochania tęsknicą,
Niech ramiona mię twoje łamliwe ochwycą
W dzień upalny, gdy kwitną dziewanny, powoje... ~ Lemański Jan
Garbus
Mrze garbus dość korzystnie: W pogodę i babie lato.
Garbaty żywot miał istnie,
I śmierć ma istnie garbatą.
Mrze w drodze, w mgieł upowiciu,
Jakby baśń trudną rozstrzygał,
A nic nie robił w tym życiu,
Jeno garb dźwigał i dźwigał.
Tym garbem żebrał i tańczył,
Tym garbem dumał i roił,
Do snu na plecach go niańczył,
Krwią własną karmił i poił.
A teraz śmierć sobie skarbi,
W jej mrok wydłużył już szyję,
Jeno garb jeszcze się garbi,
Pokątnie żyje i tyje.
Przeżył swojego wielbłąda
O równą swej duszy chwilę,
Nieboszczyk ciemność ogląda,
A on - te w słońcu motyle.
I do zmarłego dźwigacza
Powiada, grożąc swą kłodą:
Co ten twój upór oznacza,
Żeś w poprzek legł mi przegrodą?
Czyś w mgle potracił kolana?
Czyś snem pomiażdżył swe nogi?
Po coś mię brał na barana,
By zgubić drogę w pół drogi?
Czemuś łbem utkwił w cieniu?
Z trudem w twych barach się mieszczę!
Ciekawym, wieczysty leniu,
Dokąd poniesiesz mnie jeszcze? ~ Leśmian Bolesław
Niebo przyćmione
Niebo przyćmione, niebo wieczorne Samochcąc płynie przez moje oczy...
Piersi bezsenne i bezoporne
Pieszczota zmierzchu nuży i tłoczy.
O, teraz snuć się cieniem po gaju,
Ducha wśród sosen w szkarłat rozjarzyć,
U twojej wrótni, na twym rozstaju
Samemu sobie - snem się wydarzyć!
Na skroń kalinom, ujrzanym w dali,
Paść złotym kurzem w purpur pożodze -
I nie odróżnić ust twych korali
Od owych kalin na owej drodze!
I nie odróżnić twoich warkoczy
Od brzóz, weśnionych w głębie jeziorne...
Samochcąc płynie przez moje oczy
Niebo przyćmione, niebo wieczorne... ~ Leśmian Bolesław
Kocmołuch
Gdy śródlistne trzepoty gilów i jemiołuch Zmącą ciszy cmentarnej ustrój niezawiły -
Cień z trudem z zaniedbanej wychodzi mogiły,
Cały w rdzach i liszajach - podziemny kocmołuch.
Słońce, grzejąc zmarłego, roztrwania po trawie
Złote krzty - złote supły i złotsze podłużki,
A on zmysłem nicości wyczuwa jaskrawie,
Jak śmierć w słońcu - w kształt nikłej maleje śmiertuszki...
Niezbyt pewny swej jawy i ufny snom niezbyt -
Spogląda oczodołów próżnicą wierutną
W obłoków napuszyście wybujały Bezbyt,
Poza którym nic nie ma, prócz tego, że smutno...
Lecz on smutek w pośmiertnej przekroczył podróży,
Pierś wzbogacił weselem nowego żywota,
A gdy mu nieśmiertelność zbyt modro się dłuży -
Tka snowi wieczystemu wezgłowie ze złota !...
Zazdroszczę mu, bo duszę do trosk ma niezdolną,
Nie wie, co to jest - nędza i żal i pustkowie.
Poznał przepych tajemnic! Niech wszystko opowie,
Bo już - czas! Bo już dłużej przemilczać nie wolno!
Lecz w chwili, gdy chcę zwiewne zadać mu pytania
O słonecznych utrudach, o gwiezdnych mozołach,
Widzę nagle, jak blednąc męczeńsko się słania
Ten zagrobnych ran pleśnią pokryty biedołach!...
W gęstwinie - cieniścieje bezludzie i lśni tam
Zejście nieba na ziemię do drzew na uboczu -
A ja patrzę w mrok jego spustoszałych oczu
I nie pytam już o nic... Już o nic nie pytam... ~ Leśmian Bolesław










